Odyseja Profesora Henri Cabannes, 1943-1945

 

 

I. Ucieczka z Francji przez Hiszpanię.     

1.Przygotowania do wyjazdu

2.Przeprawa przez Pireneje

3.Podróż przez Hiszpanię

4. Wyjazd do Maroka

 

II. Wstąpienie do Lotnictwa.

5 Casablanca i Algier

6.Marakesz

7.Wielka Brytania

 

 

I. Ucieczka z Francji przez Hiszpanię

 

1.Przygotowania do wyjazdu

 

W październiku 1942 roku zacząłem zajęcia w Ecole Normale, po zrezygnowaniu po raz drugi ze studiów na Politechnice. Po raz pierwszy zostałem tam przyjęty w 1941 roku, kiedy byłem jeszcze uczniem liceum w Paryżu, w klasie przygotowawczej, w sekcji matematycznej. 16 lutego 1943 roku w radiu publicznym ogłoszono powołanie Service du Travail Obligatoire (Obowiązkowa Służba Pracy), w skrócie S.T.O. Młodzi mężczyźni urodzeni  w 1920, 1921 i 1922 wezwani są do przymusowych robót w Niemczech. Jednocześnie rozpoczęte jest ustalanie krajowej listy poborowych w wieku dwudziestu i dwudziestu jeden lat. Tego samego wieczoru, z pośpiechem, dziś już typowym, przychodzi odpowiedź z Londynu : „ Precz z pracą przymusową! ”. Ucieczka przed poborem przybiera niezwykły rozmiar. Kampania prowadzona przez Francuzów z Londynu przeciwko S.T.O. przekracza pod każdym względem wszystkie poprzednie kampanie radiowe. „ Jeśli chcesz skrócić wojnę, nie pracuj dla Hitlera!”. Lista osób uchylających się od przymusowych robót w Niemczech, liczy na dzień 1 sierpnia 1943 roku 85 000 nazwisk. Choć kampania ta mnie nie dotyczyła, jako urodzonego w 1923 roku, to jednak postanowiłem przerwać studia w Ecole Normale i spróbować wyjechać do Anglii lub do Afryki Północnej.

 

W sierpniu 1943 roku, miesiąc po zdanych egzaminach z fizyki ogólnej, rachunku różniczkowego i analizy wyższej, wyjechałem do Bernadets-Debat w departamencie Hautes-Pyrénées, by odbyć służbę wiejską u moich kuzynów, prowadzących gospodarstwo rolne. Ze zdziwieniem dowiedziałem się, że trzej młodzi mężczyźni, wezwani do robót przymusowych rzeczywiście wyjechali do Niemiec, gdy tymczasem do granicy z Hiszpanią jest tylko 70 kilometrów. W Tarbes odwiedziłem pana Denis Prunet, przyjaciela moich rodziców. Kiedy podzieliłem się z nim moimi planami wyjazdu do Północnej Afryki, zaproponował, iż skontaktuje mnie z podziemną siatką zajmującą się przemycaniem ludzi przez granicę francusko-hiszpańską. Wystarczyło tylko, bym do dnia wyjazdu z Tarbes mieszkał u niego. Wróciłem do Paryża przez Marsylię, gdzie złożyłem wizytę mej babce ze strony ojca, która ostro skrytykowała moje plany, gdyż mogły one doprowadzić do zatrzymania mojego ojca, profesora fizyki na Wydziale Nauk Uniwersytetu Paryskiego.  Spędziłem również kilka dni w rejonie Var, w Les Lecques, gdzie moi rodzice mieli willę ; wioska Les Lecques jest położona na wybrzeżu, pomiędzy Marsylią i Tulonem. Bezwiednie obserwowałem różne konstrukcje obronne na plaży i w przybrzeżnych willach, konstrukcje, które miały przeszkodzić ewentualnemu desantowi.

 

Wróciwszy do Paryża dowiedziałem się, że dwóch uczniów Politechniki, Fontanet i Baylé, którzy byli kolegami mojego starszego brata, poszukiwali łącznika, który umożliwiłby im wyjazd do Hiszpanii ; poszukiwania te były, rzecz jasna, bardzo trudne, a ja miałem szczęście znać takiego łącznika. Natychmiast po ukończeniu studiów na Politechnice Fontanet udał się do Lourdes, by skontaktować się tam ze wskazaną mu konspiracyjną siatką. Ta jednak okazała się „spalona” i nie działała już. Wrócił więc do Paryża i został prowizorycznie pracownikiem biura konstrukcyjnego Caudron-Renault, które pracowało dla fabryk Messerschmitt w Augsburgu. Politechnika wysłała tam kilku uczniów w ramach pracy przymusowej. Spotkał on tam swego kolegę z roku, Baylé ; w biurze tym pracowało również kilku studentów-naukowców w ramach S.T.O. Kiedy Fontanet i Baylé dowiedzieli się od mojego brata, że znałem pewną podziemną siatkę, oraz, że poszukiwałem współtowarzyszy ucieczki, nie chcąc wyruszać samotnie, postanowiliśmy wyjechać w trójkę. Pod koniec września odwiedziliśmy wraz z moim ojcem pana George Bruhat, wicedyrektora Ecole Nationale, by powiadomić go o moim wyjeździe i Ecole  mnie nie poszukiwała; pan Bruhat życzył mi powodzenia, w przekonaniu, że zamierzam po prostu wyjechać na wypoczynek na południe Francji; nigdy już go nie zobaczyłem, ponieważ został deportowany do Buchenwald i zmarł w Sachsenhausen. 4 października (1943), Fontanet i Baylé zniknęli więc z ich biura konstrukcji i wszyscy trzej wyruszyliśmy razem z dworca Austerlitz, nocnym pociągiem do Tuluzy.

 

W Vierzon, w środku nocy, niemiecki żołnierz kontrolujący pasażerów powiedział do mnie po niemiecku, że muszę wysiąść ponieważ mój dowód tożsamości nie ma właściwej pieczątki ! Wysiadłem więc i resztę nocy spędziłem w pustym wagonie, na bocznym torze. Następnego dnia udałem się do Kommandantur w Vierzon gdzie przystawiono w moim dowodzie właściwą pieczątkę ! Wróciłem na dworzec, by czekać tam na najbliższy pociąg do Tuluzy, gdzie dotarłem 5 października, około godziny dwudziestej. Ze świadomością, że zatrzymanie się w pokoju hotelowym mogło się okazać trudne i niebezpieczne, udałem się do domu rodziców mojego kolegi Jean Combes pod adres : 80, rue du Taur. Nauczyłem się na pamięć (jako, że nie należało mieć przy sobie żadnego dokumentu z zapiskami, które mogłyby narażać na niebezpieczeństwo) kilku adresów w Tuluzie, Tarbes, Madrycie, Casablance, Algierze i Brazzaville. Jean Combes i jego rodzice przyjęli mnie jakbym spadł z nieba i dali mi schronienie na noc. Następnego dnia wsiadłem w pociąg do Tarbes ; dotarłem tam po południu i udałem się do pana Prunet. Ustalone było, że zostanę u niego na noc oraz, że zjem u niego śniadanie, jednak cały dzień miałem spędzić poza domem i żywić się poza domem. W przeddzień odwiedzili go Fontanet i Baylé ; zakwaterowani oni byli w identycznych warunkach, do chwili wyjazdu do Hiszpanii, w domu młodego, odważnego małżeństwa, przyjaciół jednej z sióstr Baylé’ego. Następnego dnia udało nam się odnaleźć z Fontanet’em i Baylé’iem i postanowiliśmy, że każdego dnia dwoje z nas spędzi dzień razem poza domem, a trzeciego dnia każdy zostanie sam ; mogło bowiem być podejrzane, gdy trzech chłopców w wieku 20 lat włóczy się razem po ulicach Tarbes. Każdy z nas kolejno włóczył się więc samopas nie w centrum Tarbes, lecz na peryferiach miasta. Tylko jeden raz udaliśmy się razem do Lourdes. Nigdy nie spotkaliśmy organizatorów naszej ucieczki, którzy dali nam znać, że w piątek, 15 października (1943) mamy się stawić na dworcu w Tarbes, z jednym bagażem w postaci plecaka z prowiantem na kilka dni. Tego samego dnia wysłałem moim rodzicom do Paryża moją walizkę z rzeczami, które stały się bezużyteczne.

 

2.Przeprawa przez Pireneje.

 

Kiedy przybyliśmy , każdy osobno, o umówionej godzinie na dworzec w Tarbes, dwaj mężczyźni, prawdopodobnie dowodzący organizacją, zwrócili się do nas o zapłatę ustalonej sumy : 3000 franków od osoby (początkujący naukowiec w CNRS otrzymywał wtedy 2000 franków miesięcznie). Pociąg osobowy do Bagnères-de-Bigorre był już na dworcu. Był to taki typ pociągu, w którym wagony trzeciej klasy były złożone z oddzielnych przedziałów, z drzwiami po każdej stronie pociągu. Otworzono jedne z drzwi i powiedziano nam, tzn. mnie, Fontanet i Baylé, abyśmy wsiedli do tego przedziału. Żarówki w suficie były rozbite i ledwo dostrzegaliśmy jedną lub dwie osoby siedzące także w tym przedziale. W czasie postoju w Pouzac, ostatniej stacji przed Bagnères-de-Bigorre, jeden z pasażerów przedziału otworzył drzwi wychodzące na peron i kazał nam wysiąść, co też uczyniliśmy. Kiedy pociąg odjechał, okazało się, że stanowiliśmy grupę dziewięciu chętnych do ucieczki przez Pireneje, plus dwóch (lub trzech) przewodników.

 

W Bagnères-de-Bigorre rozpoczynała się strefa zakazana, w której bez pozwolenia wydanego przez władze niemieckie nikomu nie wolno było przebywać. Natychmiast wyruszyliśmy w drogę, przez pola i łąki. Przeszliśmy przez Sainte-Marie-de-Campan i całą noc wędrowaliśmy aż do przełęczy Aspin. Wtedy to nasi przewodnicy opuścili nas w lesie, mówiąc nam, że przyjdą po nas inni, by kontynuować wędrówkę następnej nocy. Próbowaliśmy spać na zewnątrz, na wysokości 1500 metrów; było to w październiku. Gdy tak wędrowaliśmy pierwszej nocy i „odpoczywaliśmy” w ciągu dnia w lesie przy przełęczy Aspin, lepiej poznaliśmy współtowarzyszy ucieczki. Najmłodszy z nich, siedemnastoletni Alzatczyk, siłą włączony do Wermachtu, odważnie „zdezerterował” i próbował wyjechać do Maroka, żeby zaciągnąć się tam do Armii Francuskiej. Inny został właśnie przyjęty do szkoły oficerskiej Saint-Cyr ; od tygodnia włóczył się po Pirenejach, z myślą by samemu przejść przez Hiszpanię, z mapą i busolą. Poczuł się bezpieczniej kiedy dowiedział się, że Fontanet, Baylé i ja jesteśmy z Politechniki i z Ecole Normale. Był już jednak zmęczony; maszerował z pełnym ekwipunkiem: peleryna, zapasowe buty...podczas gdy my trzej, za radą organizatorów siatki, mieliśmy każdy tylko jeden mały plecak, z żywnością na kilka dni. Pozostałych towarzyszy ucieczki słabo pamiętam.

 

W sobotę 16 października wieczór, przyszli po nas nowi przewodnicy i doprowadzili nas, po paru godzinach marszu, do stodoły, gdzie spędziliśmy resztę nocy oraz całą niedziele 17 października, oczywiście w największej ciszy i nie wychodząc na zewnątrz. W niedzielę wieczór przyszli po nas nowi przewodnicy. Odcinkiem najbardziej niebezpiecznym było przejście przez most prowadzący na drugą stronę doliny, w wiosce Vielle-Aure. Niemieccy żołnierze siedzieli przy kawiarnianym stole w tej wiosce. Przeszliśmy więc most pojedynczo, za każdym razem na znak jednego z przewodników, który był pewnie mieszkańcem wioski. Następnie doszliśmy do kamieniołomu, w którym do piątej nad ranem „odpoczywaliśmy”. Potem przyszli po nas kolejni przewodnicy i wędrowaliśmy, tym razem ścieżką na górskim zboczu, po wschodniej stronie doliny, aż do strefy położonej poniżej schroniska Rioumajou. Śnieg zaczął wtedy pokrywać całą drogę.

 

Było to w poniedziałek 18 października o godzinie jedenastej, nasi przewodnicy pokazali nam le Port du Plan (na wysokości 2457 metrów), za którym znajdowała się Hiszpania; powiedzieli nam, że dotrzemy  tam w pół godziny i życzyli nam dobrego końca „podróży”. Zaczęliśmy się wspinać na zaśnieżoną górę. Na początku śniegu było po łydki, potem aż po kolana. O czternastej przełęcz była wciąż widoczna, lecz coraz wolniej się przybliżała ; o piętnastej, wyczerpany, zostawiłem w śniegu mój plecak z żywnością ; Fontanet i Baylé, bardziej odporni niż ja, zabrali ze sobą moją żywność! W sześciu szliśmy dalej, trzej inni wyczerpani zdecydowali się zejść z powrotem w dolinę. Sześcioro z nas zdecydowało się kontynuować wyprawę, troje innych, będąc u kresu sił, postanowiło zawrócić do doliny. O szesnastej dotarliśmy do Port du Plan, na granicy. Oczywiście ani Niemcy, ani ich francuscy pomocnicy nie mogli kontrolować wszystkich przełęczy, a w szczególności tak trudnych do przejścia jak ta którą właśnie osiągnęliśmy.

 

 

3.Podróż do Hiszpanii

 

Byliśmy w Hiszpanii! Nie wiedzieliśmy jeszcze, że należymy do 23 000 Francuzów, którym udało się zbiec z Francji przez Hiszpanię. Noc zbliżała się, a my schodziliśmy w dolinę, aż znaleźliśmy stodołę, w której zostaliśmy na noc. Nasze ubrania były przemoczone z powodu długiego marszu w śniegu, spaliśmy na sianie, całkowicie rozebrani i odpoczywaliśmy, po raz pierwszy od wyjazdu z Tarbes. Następnego dnia, we wtorek 19 października, dalej schodziliśmy w dolinę Cinqueta ; po drodze natknęliśmy się na most, przez który musieliśmy przejść ; za mostem, po drugiej stronie doliny, hiszpańskie straże cywilne czekały na młodych Francuzów, którzy kilka razy w tygodniu przechodzili przez różne, wysoko położone przełęcze. Zostaliśmy ze strażnikami aż do końca ich warty, do około 16-tej i następnie zeszliśmy z nimi do wioski Plan, gdzie znajdowała się ich strażnica.

 

Chłopi z wioski przyjęli nas życzliwie, dali nam trochę żywności, chleb i kiełbasę, bo nic już nie mieliśmy do jedzenia! Straże cywilne zamknęły nas następnie na noc w ich budynku, bardzo skromnym, powiedziano nam, że za kilka dni zostaniemy zaprowadzeni do najbliższego miasta, by spotkać konsula! Nic nie mieliśmy, niczego nie wiedzieliśmy, nie mogliśmy odejść stamtąd, bo dokąd? żadnych środków. W ciągu dnia zostawiali nas, a chłopi z wioski Plan dawali nam jeść. Wyglądali oni na bardzo biednych. Po kilku dniach, nie pamiętam już dokładnej daty, wyruszyliśmy w drogę, początkowo na piechotę, ze strażą, potem mieliśmy wsiąść w autobus i pojechać do najbliższego miasta, by spotkać konsula! Tym nieznanym nam miastem było Barbastro, położone 106 kilometrów dalej. Po 12-stu kilometrach marszu dotarliśmy do Salinas de Sin, gdzie musieliśmy zaczekać na autobus kursujący między Bielsa i Barbastro. Nasi strażnicy chcieli, byśmy zapłacili za podróż. Powiedzieliśmy że nie mamy pieniędzy. W rzeczywistości chcieliśmy zachować to co nam zostało.

 

Wtedy usłyszeliśmy, że w tej sytuacji musimy dostać się do Barbastro na piechotę, czego się nie obawialiśmy, zważywszy, że wędrowaliśmy już przez kilka nocy, by przybyć z Pouzac aż do wioski Plan. Ponownie więc wyruszyliśmy na piechotę do następnej wioski, gdzie z naszymi strażami wsiedliśmy do autobusu, który przyjechał z Bielsa. W miasteczku Ainsa autobus zatrzymał się dość długo i straże zaprowadziły nas do kawiarni, której właściciel bez żadnych pytań nas nakarmił, jako, że mieliśmy tak mało pieniędzy. Wyglądało na to, że dla Hiszpanów, którzy żywili nas od kilku dni, byliśmy bohaterami. Może wydawało im się, że idąc na wojnę przeciwko Niemcom, przyspieszymy koniec reżimu Franco, co najprawdopodobniej było ich życzeniem. Około godziny dwudziestej przybyliśmy do Barbastro i nasze straże skierowały nas do budynku dawnego klasztoru, do którego razem z nimi weszliśmy. Kiedy tylko drzwi się zamknęły zdaliśmy sobie sprawę, że nie byliśmy u konsula, lecz w więzieniu! Nasza naiwność była bez granic, jednak nie mogliśmy już nic zrobić.

 

Byliśmy w więzieniu! Zostaliśmy wpisani na listę, zapytano nas o nasze nazwiska i kazano złożyć wszystko co ze sobą mieliśmy, to jest jedynie trochę francuskiej waluty, którą nam skonfiskowano w zamian za kwit, który nigdy do niczego nam nie posłużył. Następnie zaprowadzono nas do wielkiej sali, gdzie znajdowało się około siedemdziesięciu Francuzów. Od kiedy tam byli? Współwięźniowie zsunęli się trochę, by zwolnić 4 słomiane materace dla naszej szóstki. Fontanet, Baylé i ja usadowiliśmy się na dwóch materacach i tak spaliśmy przez cały okres naszego pobytu w więzieniu Barbastro, pobytu, który trwać miał jeden miesiąc.

 

Naszymi jedynymi ubraniami były te, w których przekraczaliśmy granicę. Były to ubrania, które nosiliśmy aż do 26 grudnia, czyli do dnia, w którym, w drodze do Malagi, Czerwony Krzyż (który?) dał nam w Madrycie nowe ubrania. Inni więźniowie wypytywali nas o wiadomości na temat Francji i wojny. Z ich pytań wywnioskowaliśmy, że byli tam co najmniej od sześciu miesięcy ! Załamało nas to. Po dalszych rozmowach, widząc nasze załamanie, zaczęli się śmiać, gdyż, w tamtych czasach pobyt w więzieniu Barbastro naprawdę trwał zwykle około miesiąca ; a ten sam żart był przeznaczony dla każdej nowoprzybyłej grupy. Następnego dnia poszliśmy do więziennego fryzjera, który ogolił nas od stóp do głów. Około godziny 10-tej cała nasza sala zeszła na godzinę na więzienny dziedziniec. Spotkaliśmy tam Francuzów z innej wielkiej sali tego więzienia. Wśród nich Fontanet i Baylé spotkali swych kolegów z Politechniki, a ja spotkałem Jean Beydon, kolegę mego starszego brata z liceum. W liceum Jean Beydon uczęszczał do klasy przygotowawczej do Szkoły Morskiej ; Szkoła Morska już nie istniała, ale egzaminy wstępne wciąż się odbywały i przyjęci uczniowie chodzili na zajęcia w Ecole Centrale w Paryżu.

 

W więzieniu Barbastro przebywało także wielu hiszpańskich republikanów, zatrzymanych klika lat wcześniej, z których wielu miało zostać tam jeszcze na kolejne lata, ponieważ generał Franco utrzymał się u władzy aż do swojej śmierci w 1975 roku. Hiszpańscy więźniowie nie wychodzili na dziedziniec w tym samym czasie co Francuzi ; zresztą nie był on wystarczająco duży, by pomieścić wszystkich. Każdej niedzieli odprawiano w więzieniu mszę świętą. Była ona obowiązkowa dla Hiszpanów i fakultatywna dla Francuzów, którzy przybywali, jako, że była to dodatkowa okazja, by opuścić naszą wielką wspólną salę. Regularnie przybywali nowi Francuzi, którzy właśnie przekroczyli granice. Pewnego dnia spotkaliśmy jednego z naszych trzech towarzyszy ucieczki, którzy zawrócili na zboczu przy Port de Plan. Powiedział nam, że z drugim z tej trójki zszedł aż do schroniska Rioumajou, a trzeci z nich, wycieńczony, usnął na śniegu i zmarł ; to był ten, który został przyjęty do szkoły oficerskiej  Saint-Cyr, która już nie istniała, lecz wciąż istniały klasy przygotowawcze i egzaminy wstępne (prawdopodobnie z myślą o przyszłości). Miał 21 lat! Nazywał się Sapone.

 

Dyrektor więzienia regularnie przychodził i czytał listę tych, którzy mieli opuścić Barbastro. Pod koniec miesiąca Fontanet, Baylé i ja figurowaliśmy na liście wyjeżdżających. Jakże byliśmy szczęśliwi! Wyruszyliśmy do Saragossy pociągiem, dwójkami spięci kajdankami. Przybywszy na dworzec w Saragossie na piechotę przeszliśmy ulicami prowadzącymi do więzienia, wciąż spięci dwójkami. Było to nowoczesne więzienie, gdzie żyliśmy po 15 osób w pomieszczeniach o powierzchni dziesięciu metrów kwadratowych. W kącie znajdowała się umywalka i otwór pełniący rolę toalety! Po jednej czy dwóch godzinach przyniesiono nam słomiane materace, jednak nie mogliśmy tam spać wszyscy w tym samym czasie! To piekło trwać miało przez 3 dni, po czym ponownie pociągiem wyruszyliśmy do obozu koncentracyjnego w Mirandzie.

 

Obóz w Mirandzie, po czyśćcu Barbastro i piekle Saragossy wydał nam się rajem. Obóz był zbudowany przez Franco, w czasie wojny domowej, za „dobrą” radą Hitlera. Mogło się w nim pomieścić i mieściło się kilka tysięcy więźniów. Składał się z drewnianych baraków. 120 do 130 osób znajdowało się w każdym baraku. Obóz był strzeżony i zorganizowany przez wojskowych. Był to klasyczny obóz z wieżami strażniczymi, ogrodzony drutem kolczastym. Kierowany był przez pułkownika, który nie miał, zdaje się, żadnych antyfrancuskich uczuć. Niemniej jednak brutalna rzeczywistość obozu koncentracyjnego dawała się we znaki, w szczególności przy przydziale materiałów: obrzydliwa od brudu menażka, łyżka, słomiany materac i koc w strzępach, pełny robactwa. Każdy barak przedzielony był centralnym korytarzem, bo obu stronach którego, na dwóch piętrach, znajdowały się małe „komórki”, których przestrzeń była ograniczona „przegródkami” skonstruowanymi  ze starych nakryć. Jedyna żarówka dawała słabe światło na korytarzu. W każdej „komórce” przebywało kilka osób. Ja wprowadzam się do jednego z baraków, podczas gdy Fontanet i Baylé, jako, że ukończyli Politechnikę, zamieszkali w „pawilonie oficerów”, gdzie ich odwiedzałem.

 

Podczas jednej z tych wizyt odkryłem, że Jean Rousseau, którego poznałem w liceum i który był przyjęty, w 1943 roku, na Politechnikę, mieszkał w „pawilonie oficerów”. Pawilon ten był pod pieczą kapitana Louis, prawdopodobnie najstarszego oficera. Wyjaśniłem więc kapitanowi Louis, który był więźniem, jak my wszyscy, że ja również byłem przyjęty na Politechnikę, dwa razy nawet, w 1941 i w 1942 roku, i że zrezygnowałem, by studiować w Ecole Normale, i że miałem takie samo prawo co Jean Rousseau, o ile nie większe, by mieszkać w „pawilonie oficerów”. Kapitan Louis, który był w Barbastro i w Saragossie razem z Fontanetem, Baylé’em i ze mną, kazał mi iść po moje rzeczy, czyli prawie nic, i przyjść, co natychmiast uczyniłem. Oczywiście życie w Mirandzie było ciężkie, a poziom higieny godny ubolewania. Miranda jest położona nad rzeką Ebro, 80 kilometrów na południe od Bilbao i na 460 metrach wysokości, a my byliśmy tam w grudniu.

 

Niemniej jednak, w samym obozie byliśmy wolni i mogliśmy spacerować cały dzień. Co 15 dni wywieszano listy setek, a może tysięcy osób, które nazajutrz wychodziły na wolność. 24 grudnia 1943 roku, Fontanet, Baylé i ja znaleźliśmy się na liście wyjazdów. 25 grudnia przekroczyliśmy wrota Mirandy i staliśmy się wolnymi ludźmi w Hiszpanii.

 

 

4.Wyjazd do Maroka

 

Po opuszczeniu obozu w Mirandzie zostaliśmy przyjęci przez przedstawicieli Francuskiego Komitetu Wyzwolenia Narodowego, który miał siedzibę w Algierze. Poszliśmy nareszcie zjeść porządny posiłek w restauracji w Mirandzie i wieczorem wyruszyliśmy pociągiem do Madrytu, gdzie dotarliśmy 26 grudnia rano. Skierowano nas do ośrodka Czerwonego Krzyża, gdzie zostawiliśmy nasze ubrania, które nosiliśmy bez przerwy od 4 października, czyli daty naszego wyjazdu z Paryża. Odziano nas w nowe ubrania, ogolono, wymyto, a do tego dobrze nakarmiono. Dano nam trochę hiszpańskich pieniędzy i poproszono, byśmy wieczorem byli z powrotem, z racji wyjazdu do Malagi. Spotkałem się z Guy Lefort, który rozpoczął studia w Ecole Normale w 1939 roku i był profesorem we francuskim liceum w Madrycie. Pan Carcopino, dyrektor Ecole Normale, i pan Bruhat, wicedyrektor, zdołali mianować kilku uczniów w liceum francuskim w Madrycie, by nie zostali wezwani do pracy przymusowej. Oczywiście uczniowie ci przyjechali do Madrytu w wagonach sypialnych i z wizą. Adres Lefort’a był jednym z tych, których nauczyłem się na pamięć. Przyjmując mnie, Lefort powiedział, zdaje się z pewną dumą, że on i jego koledzy z francuskiego liceum także przyłączyli się do de Gaulle’a. Kiedy zapytałem się go co przez to rozumie, odpowiedział, że teraz to nie Petain im płaci, ale de Gaulle! Pogratulowałem mu tego ładnego czynu i powiedziałem, że ja ze swojej strony, spędziwszy ponad dwa miesiące w hiszpańskich więzieniach, wyjeżdżam do Maroka by tam zaciągnąć się do Lotnictwa.

 

Wyjechaliśmy z Madrytu autokarem i jechaliśmy nocą. Autokary te wydawały się nam komfortowe, choć wtedy wszystko wydawało się nam komfortowe. O świcie zatrzymaliśmy się na pół godziny w Grenadzie, następnie rankiem dotarliśmy do Malagi. Był poniedziałek 27 grudnia 1943 roku. Było tam wielu Francuzów, około 1500, przybyłych zwłaszcza z obozu w Mirandzie, ale też z kilku innych więzień i z kilku „Balnearios”, hoteli i pensji, w sumie blisko 2000 Francuzów, którzy zgłosili wiek poniżej 18 lat. W Maladze, czekając na wyjazd, dano nam „nocleg” na arenach, gdzie siano miało nam służyć za materace. W ciągu dnia byliśmy wolni.

 

Od 21 października do 29 grudnia, 6 konwojów po dwa statki każdy, opuściło Hiszpanię przez Malagę, przewożąc około 9000 uciekinierów z Francji. 29 grudnia dwa statki : „Sidi Brahim” i „Gouverneur general Lepine”, które uczestniczyły już w pięciu wcześniejszych konwojach, znalazły się w porcie w Maladze. Fontanet, Baylé i ja, jak również 1500 Francuzów zamieszkujących areny, dotarliśmy do portu. Weszliśmy na statek. Po południu widzieliśmy oddalające się wybrzeża Hiszpanii. Wyruszyliśmy do Maroka! W piątek 31 grudnia 1943 roku postawiłem stopę na afrykańskiej ziemi, w Casablance. Ucieczka z Francji, wyprawa Paryż-Casablanca doszły końca. Zajęło to 88 dni.

 

 

II. Wstąpienie do Lotnictwa

 

5.Casablanca i Algier

 

W piątek 31 grudnia 1943 roku, wszyscy Francuzi, którzy przybyli do Casablanki dwoma statkami z Malagi, zostali skierowani do obozu przejściowego, by załatwić tam liczne formalności. Pierwszą z nich było uzyskanie tymczasowego dowodu tożsamości, wystawianego według oświadczenia zainteresowanego. Następnie oficerowie długo wypytywali nas o nasze życiorysy, studia, przeprawę przez Pireneje i pobyt w Hiszpanii. Dowiedziałem się również, że zostanę mianowany podporucznikiem, od daty 18 października, czyli od daty przekroczenia francusko-hiszpańskiej granicy. Wszyscy uciekinierzy z Francji, należący do czterech szkół wojskowych, czyli Politechniki, Szkoły Saint-Cyr, Szkoły Morskiej, Szkoły Sił Powietrznych, czy też należących do następujących instytucji cywilnych : Ecole Normale, Ecole de Mines de Paris, Ecole des Ponts et Chaussées, Ecole Centrale czy Ecole Coloniale, zostali także mianowani podporucznikami.

 

Inni oficerowie wypytywali nas o wszystko, co mogłoby mieć znaczenie dla dalszych walk we Francji. Przekazałem wtedy mych kilka uwag dotyczących instalacji, które widziałem na plaży w Lecques i w willach nad brzegiem morza. Następnie podpisałem zaciąg do Lotnictwa na okres trwania wojny. Od tamtej chwili nasze ścieżki z Fontanet i Baylé się rozdzieliły. Fontanet zaciągnął się do artylerii, a Baylé do czołgów. Uciekinierzy z Francji mogli wybierać, do jakiej armii chcą się zaciągnąć. Z każdym przyjazdem kolejnych uciekinierów z Hiszpanii przybywali również fałszywi Alzatczycy, w rzeczywistości niemieccy szpiedzy przysyłani przez Wehrmacht. Rozstrzeliwano ich. W poniedziałek, 4 stycznia 1944 roku opuściłem obóz przejściowy, skierowany do zgrupowania 209 do Casablanki. W zgrupowaniu tym otrzymaliśmy pełne wyposażenie wojskowe i oczekiwałem na wyjazd do Algieru, w celu weryfikacji (w Dzienniku Oficjalnym) mej przynależności do Ecole Normale oraz by otrzymać nominację do stopnia podporucznika.

 

W czasie tego pobytu w Casablance odwiedziłem André Moitessier, kuzyna ciotecznego mej matki. Jego adres był jeszcze jednym z tych, których nauczyłem się na pamięć. Powiedział mi, że Marcel Boiteux, mój kolega z roku, przyjechał do Casablanki z Gibraltaru kilka miesięcy wcześniej. Boiteux i ja mieszkaliśmy razem w roku akademickim 1942-1943, a jednak żaden z nas nie wiedział, że drugi zamierzał przerwać studia, by zaciągnąć się do francuskich wojsk walczących w Afryce Północnej. Dowodzi to jaką tajemnicą otoczone były tego typu przedsięwzięcia. Boiteux przeprawił się przez Hiszpanię w ciągu dwóch tygodni zaledwie, gdyż nie został uwięziony przez Hiszpanów. Udało mu się dokonać tego, gdyż przechodził przez Pireneje konwojując amerykańskich pilotów, zrzuconych we Francji. Przybywszy do Hiszpanii, piloci ci skontaktowali się ze swoją ambasadą w Madrycie. Franco nie wysyłał Amerykanów do więzienia i pracownik ambasady przybył po pilotów i po Boiteux i zabrał ich do Gibraltaru. W zgrupowaniu 209 poznałem Langlois-Berthelot, który przybył do Hiszpanii z tym samym konwojem co ja, po tym jak został przyjęty do Ecole Normale w 1943 roku. Podobnie jak ja oczekiwał na wyjazd do Algieru. W czasie pobytu w Hiszpanii przebywał z jednym z „balnearios”, ponieważ zarejestrował się jako siedemnastolatek. Był lepiej niż ja poinformowany na temat warunków przeprawy do Hiszpanii. W końcu Langlois-Berthelot i ja wyjechaliśmy do Algieru pociągiem, w wagonach bydlęcych, dość wygodnie.

 

Ogromna armia żołnierzy amerykańskich, angielskich i francuskich stacjonowała w Afryce Północnej, co oczywiście powodowało problemy z transportem. Po kilku dniach i nocach i po licznych przystankach, zwłaszcza w Oranie, który udało nam się zwiedzić, 16 stycznia dotarliśmy do Algieru. Tam udaliśmy się do Bazy 320, do której byliśmy przydzieleni, by po kolejnych licznych formalnościach, które przede wszystkim pozwoliły nam uzyskać stały dowód tożsamości, czekać tam na nasze nominacje do stopnia podporucznika, które uzyskaliśmy 3 marca! Kiedy tylko przybyłem do Algieru, udałem się do biur Radia Algier by wysłać wiadomość „ Pysk tapira zwrócony jest ku niebu”. Umówiłem się z  moimi rodzicami i z kilkorgiem przyjaciół, że zdanie to, wypowiedziane w algierskim radiu, będzie sygnałem, że dotarłem do Afryki Północnej. Moi rodzice nie usłyszeli tego zdania, lecz usłyszało je paru moich przyjaciół, którzy natychmiast przekazali im wiadomość. W czasie mojego sześciotygodniowego pobytu w Algierze odwiedzałem Georges’a Darmois, profesora Wydziału Nauk w Paryżu, który przebywał wtedy w Algierii. Powiedział mi on, między innymi, że Yves Rocard, także profesor tego Wydziału, również był wtedy w Algierii. Uczęszczałem na wygłaszane przez niego wykłady dla studentów pierwszego roku Ecole Normale, i u niego właśnie zdawałem w czerwcu ustny egzamin z fizyki ogólnej. Pan Rocard opuścił Francję samolotem. Był specjalistą od radiolatarni i Anglicy wysłali po niego Lysandera , który w nocy z 13 na 14 września 1943 roku wylądował na łąkach w okolicach Poitiers. Lysandery były to małe jednosilnikowe samoloty, z miejscem dla czterech osób : dla pilota, dla strzelca i dla dwu pasażerów. Lysandery lądowały w nocy gdy była pełnia lub prawie pełnia, na łąkach oznaczonych przez Ruch Oporu. Około 640 osób opuściło w ten sposób Francję do Anglii. Liczby te dobrze jest porównać z 23 000 Francuzów, którzy przeszli przez Pireneje i 7000 tych, którym się to nie udało. Do tych liczb trzeba jeszcze dodać kilka tysięcy cudzoziemców.

 

W czasie tych sześciu tygodni prawie każdego dnia chodziłem do biblioteki Uniwersytetu w Algierze. Oczywiście po wojnie chciałem wrócić do Ecole Normale, by ukończyć studia i nie chciałem zapominać matematyki, którą zacząłem tam studiować. W tej bibliotece przeczytałem i zredagowałem dowód twierdzenia Hadamarda o rozkładzie liczb pierwszych i zacząłem studiować liczby niewymierne. W Algierze kupiłem też jedno z rzadkich dzieł naukowych, jakie mogłem znaleźć, a mianowicie trzy tomy astronomii, przez Henri Poinacré. Odwiedziłem tam także mego wujka, Alberta Fabry i moją ciotkę. Mieszkali oni na ulicy Claude Bernard, w willi, z której rozciągał się piękny widok na Algier. Byli oni bardzo gościnni dla mnie i nocowałem tam kilka razy. Na początku marca Langlois i ja otrzymaliśmy nasze nominacje wraz z odpowiednim żołdem za poprzednie miesiące i 3 marca ponownie wsiedliśmy w pociąg do Casablanki, tym razem w wagonach pasażerskich, choć podróż wydawała nam się równie długa. Kiedy przybyliśmy do Casablanki skierowano nas do Ośrodka Przygotowawczego dla Personelu Nawigacyjnego, wraz z dwudziestką innych młodych francuskich studentów-kadetów. Stanowiliśmy kolejną grupę przyjętą na szkolenie do personelu nawigacyjnego Lotnictwa. Zostaliśmy w Casablance do 12 kwietnia.

 

 

6.Marakesz

 

13 kwietnia wszyscy praktykanci, czyli dwóch podporuczników, Langlois i ja, oraz ponad dwudziestu kadetów, przybyliśmy do Marakeszu do Szkoły Personelu Nawigacyjnego. Komendant kierujący Szkołą, uznał, że nie jest normalne, iż Langlois i ja zostaliśmy mianowani podporucznikami, chociaż nigdy nie byliśmy żołnierzami. Powiedział nam więc, że będziemy mieszkać i żywić się razem z innymi kadetami. Spanie w wielkiej sali z piętrowymi łóżkami w żaden sposób nam nie przeszkadzało, ale po posiłki musieliśmy stać w kolejkach, z naszymi menażkami, przed marokańskimi żołnierzami, którzy nas obsługiwali. Żołnierze ci byli zdziwieni widokiem dwóch oficerów w kolejce razem z kadetami, którzy byli jeszcze szeregowcami. Musieli się zastanawiać czy zostaliśmy w ten sposób ukarani, i Langlois i ja byliśmy tym na tyle zażenowani, że po trzech dniach zdjęliśmy podporucznikowskie belki z naszych mundurów. Sytuacja ta była dla mnie bardzo nieprzyjemna i zaproponowałem Langlois byśmy poszli wyjaśnić to u komendanta. Ponieważ odmówił, poszedłem sam. Komendant uznał, że zrobił błąd i w końcu zamieszkaliśmy z oficerami, posiłki także spożywaliśmy już w oficerskiej kantynie.

 

W szkole w Marakeszu postanowiłem przygotować dyplom nawigatora. W tym celu uczęszczaliśmy na zajęcia teoretyczne, których poziom nasi instruktorzy oceniali jako poziom zajęć z matematyki specjalnej, jednakże dla mnie były one raczej na poziomie liceum. Jednocześnie wykonywaliśmy loty jako uczniowie nawigatora, lub jako pasażerowie, ponieważ by otrzymać dyplom należało odbyć 100 godzin lotów. Lataliśmy na Leo 45 lub na Cessnach. Życie w bazie lotniczej było bardzo tanie i 90% naszego żołdu stanowiło kieszonkowe. Dlatego też, każdego miesiąca gdy dostawaliśmy żołd, całą grupą szliśmy na posiłek do hotelu Mamounia, który był luksusowym hotelem o światowej renomie. Churchill przyjeżdżał tam na odpoczynek. Posiłki były wyśmienite, lecz ceny także odpowiednie. Pewnego dnia udało mi się odnaleźć Fontanet i Baylé i spędzić z nimi cały dzień w Mogadorze, który obecnie nazywa się Essaouira. Wyjechałem bez pozwolenia, którego najprawdopodobniej bym i tak nie uzyskał, i po powrocie dowiedziałem się, że właśnie tego dnia zostałem wpisany na rozkład lotów i gdyby nie dobra wola mych towarzyszy i wyrozumiałość instruktorów, to zostałbym ukarany. Pod koniec szkolenia Langlois wykonywał razem z kadetem lot jako pasażer. Kadet rozbił samolot przy lądowaniu i obaj zginęli. Razem z innymi pięcioma przyjaciółmi Langlois niosłem jego trumnę na cmentarzu w Marakeszu. 18 sierpnia szkolenie się zakończyło. Ukończyłem je jako pierwszy, co nie było zbyt trudne i otrzymałem dyplom nawigatora.

 

Potem trzeba było jeszcze przejść szkolenie specjalizacyjne. Wybrałem ciężkie bombowce, do których szkolenia odbywały się w Wielkiej Brytanii. 20 sierpnia wyjechałem więc do bazy w Baraki około Algieru, wraz z innymi świeżo dyplomowanymi kolegami pilotami, którzy także wybrali ciężkie bombowce. 7 września (1944) wyruszyliśmy z Algieru do Anglii. Lecieliśmy konwojem i 14 września dotarliśmy do Greenock w Szkocji, koło Glasgow.

 

 

7.Wielka Brytania

 

Kilka dni spędziliśmy pod Londynem, w ośrodku przejściowym, zwanym „Szkołą Patriotyczną”. W Londynie spotkałem przypadkowo generała Leclerc, który następnego dnia wysłał do Paryża pierwszy list, jaki od czasu mojego wyjazdu z Francji mogłem napisać do moich rodziców. Także w Londynie, 25 września 1944 roku, kupiłem książkę Whitaker i Watson „Kurs współczesnej analizy”,. W czasie całego mego pobytu w Wielkiej Brytanii z wielką uwagą studiowałem zawartość tej książki, mając niezmiennie w planach powrót do Ecole Normale. Także będąc w Wielkiej Brytanii, napisałem artykuł pt. „ Application des fractions continues à la formation de nombres transcendants ”. Jako, że stosunki między Francją i Anglią zostały odnowione, wysłałem ten artykuł  do mojego ojca, który przekazał go do „ Revue Scientifique”, w którym to został on opublikowany.

 

Po pobycie w Londynie zostałem wysłany do ośrodka w Filey, później do Dumfries w Szkocji do „Advanced Training Unit”, gdzie zostałem od 10 października do 4 grudnia. Potem przeniesiono mnie do Lossiemouth, wciąż w Szkocji, do ośrodka pod nazwą „ Operational Training Unit ”, gdzie zostałem od 2 stycznia 1945 roku do 9 marca. W ośrodku tym utworzono załogi i każda z nich latała w nocy. Lossiemouth znajduje się na 58° wysokości geograficznej północnej, a było to zimą. Noc zaczynała się więc bardzo wcześnie, co było bardzo wygodne dla nocnych lotów. Nawigatorzy latali także jako drudzy nawigatorzy z innymi załogami. Tak też i ja leciałem jako drugi nawigator z angielską załogą, kiedy, przy lądowaniu, zepsuły się biegi i w momencie zetknięcia z ziemią samolot stanął w ogniu. Wszyscy Anglicy zdołali się wydostać przez wyjścia ewakuacyjne, czego mnie nie udało się dokonać, gdyż wszędzie był ogień. Samolot, Wellington, skonstruowany był z aluminiowej ramy otoczonej płótnem. Jako, że jestem dosyć szczupły, zdołałem się także wydostać, rozdzierając płótno między aluminiowymi wspornikami. Usłyszałem, że członkowie angielskiej załogi pytali jeden drugiego gdzie jest „francuski nawigator”. Byliśmy cali i zdrowi, lecz nasi koledzy, widząc samolot w płomieniach, byli przekonani, że wszyscy zginęliśmy.

 

9 marca załogi z Lossiemouth zostały wysłane do nowej bazy, gdzie mieliśmy się szkolić na Halifaxach, samolotach, na których mieliśmy latać w czasie wojennych operacji. 5 maja 1945 roku dołączyliśmy do grupy Guyenne, jednej z dwóch grup ciężkich bombowców Francuskich Wolnych Sił Zbrojnych. Przyjęto nas z dużą ironią, my zaś byliśmy bardzo rozgoryczeni kończąc w ten sposób naszą trudną przygodę, która trwała prawie dwa lata. Trzy dni później Niemcy podpisały bezwarunkowy akt kapitulacyjny i wojna była skończona.

 

Wykonaliśmy kilka lotów nad Niemcami, zrzuciliśmy do morza niepotrzebne bomby. 18 czerwca 1945 roku nasza załoga brała udział w defiladzie na Polach Elizejskich. Wyruszywszy z Elvington w Yorkshire, przelecieliśmy nad Polami Elizejskimi o umówionej godzinie i wróciliśmy do Elvington. W lipcu skierowano mnie do oddziału prekursorskiego, który miał przygotować instalacje dla grup ciężkich bombowców Guyenne i Gascogne w bazie w Merignac, koło Bordeaux. To z tej bazy generał de Gaulle wylatywał do Londynu 17 czerwca 1940 roku! Z Bordeaux udało mi się pojechać na kilka dni do Paryża, by zobaczyć się z rodzicami, po 21 miesiącach nieobecności. W Merignac przygotowałem ostatni z brakujących mi egzaminów do dyplomu magistra, mechanikę teoretyczną.

 

Odesłano mnie do paryskiego Centrum Gromadzenia i Administracji Personelu i 21 października zostałem zdemobilizowany, dwa lata i 3 dni po tym, jak przekroczyłem granicę francusko-hiszpańską. 24 października ukończyłem moje magisterium, zdając egzamin z mechaniki teoretycznej. Wróciłem do Ecole Normale by zrobić tam drugi i ostatni rok studiów.